"Roztopić Igloo" Idealizowanie dnia codziennego nie wyszło z mody, co po prostu umyka niepostrzeżenie, umyka dlatego, że większość z nas nastawiona jest na ..... sukces. Idealizowanie dnia codziennego łatwiej przychodzi w warunkach konsumpcji, luzu i programowego oderwania od codzienności. Pozostawione firmy, obowiązki i rutyna w którą wpadamy jak w czarną dziurę, pozwoliły zapomnieć o pomnażaniu sukcesów . W tej sytuacji znalazło się Towarzystwo Lalusiów ze swoimi wiernymi Laluniami, będąc w słowackich Tatrach. Na pozór nic szczególnego.Lalusiowanie dopuszcza w swojej szeroko zakrojonej idei przebywanie z Laluniami, pod warunkiem, że związek Lalusia z Lalunią jest usankcjonowany. Ktoś niezorientowany powie - i co z tego. Tyle i aż tyle-odpowiem równie enigmatycznie. Mógłby cały ten wywód nagle się zakończyć, ale jestem winien wyjaśnienie dla niezorientowanego w ideach Lalusiowania czytelnika. Lalusie mają w swoim niepisanym statucie klauzulę, która mówi, że wszystkie Lalunie są nasze.Może Pan powie-co to za statut, który jest niepisany.O , proszę Pana !!Wszystkie prawa Lalusiów są niepisane i każdy z Lalusiów wie o co chodzi.Mało tego.Wszystkie Lalunie wiedzą o co biega w tych subtelnościach, jakkolwiek wydawałoby się, że my mężczyźni jesteśmy pragmatyczni a One -kobiety próżne. Nic bardziej mylnego.Te różnice w relacjach damsko -męskich wśród Lalusiów i Laluń zacierają się z tej prostej przyczyny, że to my Lalusie jesteśmy uczuciowi a One Lalunie mocno stąpają po ziemi.Nasza wrażliwość w połączeniu z Ich trzeźwym spojrzeniem pozwoliła przemycić przez granicę polsko-słowacką IDEE LALUSIOWANIA. Tchnęliśmy świeży niczym halny, powiew nowych trendów. To co nowe może budzić lęk, ale może równie mocno intrygować.Są ludzie, którzy odpychają swoją osobowością, znam takich, którzy pełnią rolę wampirów energetycznych, są też tacy nijacy - bezpłciowi i jajogłowi. Trudno jest pisać o swoich zachowaniach. Wydaje mi się, że my z Towarzystwa Lalusiów wraz z naszymi Laluniami, działaliśmy na zasadzie przyciągania.Przyciąganie to objawiało się w różny sposób.Przyciągały nasze gitary, teksty, zachowania, równowaga i nierównowaga, nasza moc i niemoc. Te mimochodem wymienione cechy przyczyniły się właśnie do idealizowania dnia codziennego.Każdy codzienny dzień tak nas zachwycał od swojego zarania, że z czasem doszliśmy do wprawy przedłużania go o czas, który stawał się tak względny jak samo pojęcie czasu. Mało tego. Niektórzy z nas doszli wręcz do perfekcji w przedłużaniu dnia. Dochodziło do kuriozum, że dzień trwał bez mała od zarania do zarania. Jak to możliwe?- spyta nasz Pan Ciekawski. Tutaj, może z przekory a może dla podtrzymania dramaturgii, nabiorę wody w usta.O przedłużaniu trochę później... Pojechaliśmy pod Chopok.Dolina Demanowska odkryta została przez naszych rodaków dawno temu i nic nowego w propagowanie walorów krajoznawczych tamtego regionu nie wniesiemy.Kulinarnie też nie zaimponujemy, chociaż odkryliśmy, że w ENERGETYKU można zjeść ze smakiem i w odpowiedniej oprawie.Naszym motywem przewodnim były narty.Chimeryczność polskiej zimy w tym roku nasuwała obawy, skądinąd słuszne, że w naszych górach trudno będzie znaleźć miejsce, gdzie sceneria śnieżna zachowa swą niezachwianą postać. Będąc w Dolinie mieliśmy wrażenie przeniesienia w czasie i przestrzeni."Na całej połaci śnieg".Biel śniegu była tak nieskazitelna jak w reklamach proszków do prania. Wjeżdżając wyciągami na Chopok dotykaliśmy chmur.Przebijaliśmy się przez nie w górę i w dół.Żywioły dodają nam szlachetności, a jeśli nawet próbujemy to sobie wmówić, dotykajmy żywiołów. Nasza żywiołowość udzielała nam się spontanicznie.Pierwszy wieczór, z założenia Wieczór Poetycki sprawił, że nasze pieśni niepostrzeżenie wyzwoliły wśród uczestników spotkania bardziej biesiadny charakter .Nasza lokalna knajpka programowo nie była przystosowana do dancingów.My na te potrzeby musieliśmy ją zaadaptować. Wieczór następny miał bardziej medialny tytuł."WIECZÓR OSTANIEJ SZANSY Był to wieczór autorski naszego przyjaciela MARIUSZA, który jest prezesem znanej Firmy Pogrzebowej.Tamte chwile uzmysłowiły nam jeszcze bardziej, jak piękne potrafi być życie. Tańczyliśmy tamtego niezapomnianego wieczoru do późnych godzin rannych, jakkolwiek dziwnie to brzmi."Przetańczyć z Tobą chcę całą noc".Taka przedziwna nostalgia dopadła mnie tamtego dnia-tamtej nocy, ale moja Lalunia Irenka stwierdziła, że z samego rana musi przebyć swoją ukochaną trasę. Bieg do Jaskiń i z powrotem stał się Jej codziennym rytuałem, któremu oddawała się bez reszty.Motyw przewodni biegu do jaskini sprawił, że po tańcach zostałem jako Laluś bez Laluni.Tamta noc wpisała się do annałów Chaty Lućky jako noc roztapiania IGLOO. Szliśmy zmrożonym traktem z poznanymi na Wieczorku Poetyckim Tomkiem i Agatą z Warszawy, którzy wmawiając nam, że jesteśmy nietuzinkowi, rozbudowywali nasze a przynajmniej moje pokłady próżności. Po drodze spotkaliśmy naszego Latarnika Światła Purpurowego Mariusza z przytwierdzoną do głowy latarką halogenową.Zjawisko było tak metafizyczne, że nie wiedzieć kiedy znaleźliśmy się w igloo.Poczułem się jak na kole podbiegunowym, gdzie bogaci turyści z wielkim wyprzedzeniem wykupują pobyt w hotelu lodowym .Różnica polegała na tym, że nasze IGLOO wybudował ktoś tak przypadkowo jak my przypadkowo znaleźliśmy się w nim, a bogaci turyści jechali na koło podbiegunowe dla własnej próżności. Szwedzka płyta najbardziej kojarzyć by się mogła z naszym tam pobytem, lecz byłaby niczym w porównaniu z degustowaniem trunków w domu ze śniegu. W IGLOO równie dobrze smakowała wódka, rum przepijany colą i dżin przeciskany cytryną. Technikę picia dżinu z butelki z cytryną w drugiej ręce rozpropagował Laluś Jerzy podczas trzeciego dyżuru. Z czasem IGLOO zaczęło żyć swoją legendą. Bywają złe i dobre legendy. Lalunie Ola i Renia starały się skutecznie odciągać swoich Lalusiów od lalusiowania w IGLOO z racji przypisania mu złej sławy. Lalusie Witek i Arek podświadomie byli przekonani, że każdy jest Alchemikiem swojej drogi i z legendą nie trzeba walczyć. Wkrótce i Oni poznali smak życia polskiego Eskimosa. Po kilku dniach i nocach intensywnego mieszania pojęć sportu, rozrywki i degustacji, nasza werbalna świadomość dojrzała do rehabilitacji. Nasze ciała i dusze doznać miały ukojenia. Zanim jednak wyjechaliśmy do Beszanowej aby wygrzać się w gorących źródłach, przeżyliśmy lekki szok, który przez moment otarł się o kompleksy. Lalunie Irenka i Iza nie kryły zdumienia, kiedy zorientowały się jak skromny ekwipunek zabrały na baseny termalne. Ja nigdy nie będąc w Beszanowej i nie mając większego pojęcia o infrastrukturze jej obiektów, patrząc na walizki Laluni Marioli ,pomyślałem -jaka szkoda, że nie wziąłem ze sobą mojego pontonu - FLORYDA 2800.Po co jednak na baseny termalne sanki? Sanki stojąc obok walizek były dla mnie wyłomem w psychice. Szybko jednak przeszedłem z jednego szoku w drugi. Nagle uświadomiłem sobie na jakiej zasadzie działają prawa Murphiego. Lalunia Mariolka oznajmiła nam ,że wyjeżdża i poprosiła mnie, żebym pomógł jej spakować walizki wraz z sankami do samochodu. Zanim jednak nas opuści ,postanowiła, że pojedzie jeszcze wygrzać swoje ciało w tych samych co my basenach.Pomyślałem wtedy o walizkach. Niby przedmioty martwe a mają swoje upodobania. Lubią, gdy się je pakuje i rozpakowuje a przy tym bezkarnie sobie pojeżdżą.Hipoteza walizek sprawdziła się w stu procentach. Co jednak kryło się za tą misternie skonstruowaną intrygą? Podobno Laluś Jerzy ostatniej nocy został Głównym Strażnikiem IGLOO ,co wzbudziło niezadowolenie Laluni Marioli. Każda Lalunia chce mieć swojego strażnika dla siebie. W Beszanowej wykupiliśmy bilety na cały dzień. W początkowej fazie rzeczywistość stała się przewidywalna. Topiąc ciała w gorących wodach pozwoliliśmy wypływać naszej bezgranicznej szczęśliwości.Unosiła się ona ponad nami zawoalowana w kłębach pary. Gdyby nie siarczany kojarzone bardziej z diabelskimi praktykami, czulibyśmy się tam rozanieleni. Rozanielenie dotykało bardziej Lalunie niż Lalusiów ,chociaż po dłuższym czasie nawet w niebie człowiek zacznie się nudzić. Na Lalusiów siarczany rzeczywiście podziałały iście diabelsko. Diaboliczność Lalusiów objawiała się niezwykłą energią. Nawet zwykłe wydawałoby się zjeżdżanie rynną, stawało się w wykonaniu Lalusiów niezwykłe. Wariantów było wiele.Lalusie zjeżdżali w piątkę, w konfiguracjach na tyle przemyślanych, że niemożliwością było otrzeć się o schemat.Głównymi strategami zjazdów byli Arek i Witek. Były zjazdy na kanapkę, jeden na drugim.W korkociąg. Głową do góry, głową w dół.Z głową i bez głowy.Łączenie w pociąg.Krzyk przy zjeżdżaniu, zamiast mowy. Dość słów !Słowami nie oddasię emocji jakie towarzyszyły przy zjeżdżaniu .Impet jazdy w połączeniu z ogólnymi okrzykami radości Lalusiów w końcowej fazie zjazdu powodowały ogólną panikę kąpiących się w basenie.Chyba nawet ratownik bał się interweniować a może nie był przeszkolony na taką okoliczność.Dopiero po dłuższym zjeżdżaniu nieśmiało zwrócił nam uwagę, że powinno się zjeżdżaćpojedynczo. Pojedynczo Lalusie stają się indywidualistami.Tutaj nie było miejsca na indywidualne popisy. Atrakcje kompleksu wodnego w Beszanowej po całym dniu pobytu uzmysłowiły nam, że to co miało z nas tam ulecieć, uleciało a pamięć,która potrafi być pamiętliwa , pozwoliła wypielęgnować w naszej świadomości uczucia błogości i stanu zadowolenia. Wyjechaliśmy z moją Lalunią i naszym synem Bartłomiejem nieznacznie wcześniej od reszty grupy. Musiałem być odmieniony, bo nawet kelnerki z "naszej" knajpki zauważyły zmianę w moim zachowaniu. Z diaboliczności przeszedłem w stan rozanielenia.Człowiek ma dwa oblicza. Ktoś kto przemycił te słowa do telewizji aby ziemniaczane chipsy mogły lepiej się sprzedawać , miał rację. Z tym drugim obliczem, obliczem umęczonego anioła, opuszczałem restaurację zaraz po kolacji.Moja Lalunia była niezwykle zadowolona z takiego obrotu spraw. Mogliśmy pospacerować.Pokazałem Jej słynne IGLOO. Szliśmy po trzeszczącym od mrozu śniegu. Gwiazdy uwolniły się od banału i świeciły intensywniej niż zwykle.Czegóż można było jeszcze oczekiwać po tym uroczym wieczorze? Dochodziliśmy właśnie do naszego domu, gdy za oknem u Izy i Mariusza dostrzegliśmy Jurka i Mariolę. Postanowiliśmy wejść z wizytą.Okazało się, że w środku trwał seans karciany.Dosiedliśmy się do stolika i z tysiąca w parach przeszliśmy do remika. Prawdziwa sjesta.Niespotykany od kilku dni spokój. Błogość ciszy. Ten dzień miał znamiona relaksu i odprężenia. Siedząc przy kartach wszyscy w to wierzyliśmy. Jak bardzo można się mylić w swoich przekonaniach i jak szybko człowiek zmienia poglądy ,przekonali nas o tym swoim wejściem Arek i Witek. Pierwszy wszedł z odtwarzaczem muzyki, drugi trzymał podpiętą do odtwarzacza małą elektrownię akumulatorową. Cały korowód dopełniały Lalunie naszych Diabolo.Nikomu nawet przez myśl nie przeszły słowa- Apage, Satanas!Moje rozanielenie szybko umknęło.Upadłych Aniołów także dopadają ziemskie pokusy.Zresztą trudno sobie wyobrazić dalszą grę w karty pomiędzy Lalusiami z naleciałościami rozanielenia i Lalusiami z których siarczany nie mogły się wytrącić. Poza tym zatraciłby się sens samej gry. Nie gralibyśmy ani o dusze ani o ciało.Zbyt dobrze znaliśmy się. Odtwarzacz muzyki został przyniesiony z pewną myślą przewodnią.Miał spełniać rolę akompaniatora do naszych conocnych tańców. Tak też się stało. Wigilią naszego wyjazdu był czwartek i zaczął się niepomyślnie. To nieprawda, że liczyłem dni dzielące mnie do piątku. Piątek był dniem naszych pożegnań. Nie liczyłem dni pobytu w Dolinie z tej prostej przyczyny, że mój mózg dawał się czyścić z informacji jak twardy dysk.Jego inklinacje były bardzo jednostronne. Czyścił się z informacji nieprzychylnych.Programował w sobie dobre wspomnienia, sytuacje mające w sobie ładunki dodatnie, pozytywne spojrzenia na rzeczywistość. W wigilię naszych rozstań dowiedzieliśmy się, że niestety, przed nami wyjadą Mariusz,Iza i ich dwie przesympatyczne córeczki.Ich wyjazd nie był zaplanowany na ten dzień.Spowodowany był nagłą koniecznością o którą nikt z nas nie pytał.Niektóre dni mają w sobie ładunki niespodzianek.Ta nie należała do gatunku miłych i przyjemnych. W tym dniu bardziej niż zwykle mogłem zrealizować się jako narciarz. Irenka postanowiła zostać w domu a ja mogłem dać większy niż zwykle upust mojej skipowskiej wyobraźni.Z moim synem Bartkiem jeździło mi się znakomicie ale jemu ze mną niekoniecznie.Trasy czarne na Chopoku potrafiły mnie inspirować nie do wirtuozerii, bo to nie ta liga, ale dawały mi wiele satysfakcji.Bartłomiej, ja to widziałem, odczuwał wewnętrzny przymus spróbowania nowych doświadczeń.Oblodzone stromizny gór już mu nie wystarczały. Mgła i porywisty wiatr były tylko ciekawostką meteorologiczną. Padający śnieg poprawiał scenerię.Testosteron.Tak.To słowo-klucz uświadomiło mi, jak wielką potrzebę nowych doznań ma w sobie dorastający chłopak.Jego nowa trasa była tylko Jego i była nowa. Postanowił jeździć dziewiczym szlakiem, slalomem pomiędzy drzewami. Jeśli ktoś te drzewa sadził to był w tym dziele bardzo zapamiętały z racji dużego zagęszczenia drzewostanu. Były to zjazdy wyczerpujące, wymagające bardzo dobrej techniki i jeszcze mocniejszych nóg.Odmalować na twarzy szczęśliwość. Jeśli dałoby się określić skalę takiego odmalowania, to podejrzewam ,że objawiałoby się to nie zmęczeniem, co większym niż zwykle biciem serca. Podobno serce jest największym przekaźnikiem emocji i nastrojów.Serce ma w sobie o wiele większy potencjał niż mózg, zarówno energetyczny jak i pamięciowy. Nie bądźmy więc pragmatyczni i dajmy się zapomnieć w tym co robimy. Mój syn w tym dniu był prawdziwie szczęśliwy. Tak naprawdę " Wieczór Ostatniej Szansy" nastąpił już bez Mariusza.Ostatnie szanse mają w sobie trzeci wymiar. Paradoks naszego ostatniego wieczoru nie polegał na ostatniej szansie co na uzmysłowieniu sobie zjawiska, że jest to w ogóle ostatni wieczór wśród ludzi z którymi spędziliśmy bardzo przyjemnie jeden tydzień z naszego i z ich życia. Jeden tydzień to niewiele. Ktoś powie, że jeden tydzień to szmat czasu. W ciągu tego tygodnia nagromadziło się tyle zdarzeń, których przez moje skróty myślowe jak również z szacunku dla odbiorcy, nie byłem w stanie opisać. Miłym akcentem naszego ostatniego wieczoru była MIŁOŚĆ. Nasz ostatni wieczór tak naprawdę nie był naszym wieczorem. Ten wieczór był HOŁDEM MIŁOSCI dla Agaty i Tomka.Dziesiąta rocznica ich wspólnego poznania zdominowała atmosferę w naszej restauracji.Manifest Tomka nie polegał na wygłoszeniu bezmyślnej formuły o udręce miłości.Jego deklaracja o tym ,że dziesięć lat kocha Agatę była tak przekonywująca, że każdy z nas poczuł głód, taki bardziej metafizyczny od fizycznego.Roztopić serce.Mam wrażenie, że serce Agaty nie musiało być roztapiane jak serce Królowej Śniegu.Roztopić IGLOO.Wspólnie udało nam się stworzyć pewien symbol. IGLOO wpisało się niepostrzeżenie w logo fantazji pomieszanej z poznawaniem nieznanego. Umówmy się.Nie wierzmy twierdzeniu, że roztapianie lodów musi odbywać się przy ognisku.Niech każdy z nas tworzy własne IGLOO. |