„By dojść do źródła, trzeba płynąć pod prąd” Stanisław Jerzy Lec „Czarna Hańcza – bielsze odcienie” Zbigniew Teper Źródło nie ma świadomości swojej mocy sprawczej, nie ma świadomości swojej żywiołowości i siły, smaku drogi i głodu. Ile mamy ze źródła? Co pochłania naszą intensywność na co dzień, że domagamy się źródła, które zasili koryto i napełni je namiętnością, czułością - ich bezmiarem. Każdy z nas doszukać może się podtekstów w tym co piszę, ale prawdą jest, że kroplą jesteśmy zaledwie i aż kroplą, która skumulowana zasila rzekę wrażeń.Kolejny raz chciałbym udowodnić, że w świecie poukładanym systematycznie można odpłynąć dalej niż prowadzi mapa.Mapa to też swego rodzaju ograniczenie, ale nie dajmy się zwieść żywiołowości ,nie wierzmy w to, że po omacku, z zamkniętymi oczami przemierzymy drogę, która spełni nasze oczekiwania.W ciemności można oczekiwać bardziej metafizycznych zjawisk i są one dane bardziej kobietom. Dowodów namacalnych, z percepcją wzrokową, poszukują mężczyźni i tego jako przedstawiciele płci, w formie mniej lub bardziej ekstremalnej, chcieliśmy doświadczyć, chcieliśmy się otrzeć po raz kolejny o cud męskiej solidarności i przygody. LALUSIE od roku mentalnie przygotowywali się do kolejnego wakacyjnego rajdu, do trasy ani łatwej ani trudnej, natomiast do pięknej i uroczej. W to wierzyli wszyscy, natomiast nikt nie przewidział ,że stopień trudności polegał będzie w sprzęcie, w rodzaju kajaków, ich sterowności, a raczej w jej braku. Nie powiem co przemawiało za wyborem klasy Voyager, natomiast gdybym raz jeszczemiał namawiać do wyboru, obstawałbym za tym modelem.Ich wywrotność dorównywała naszemu jedynemu Lalusiowi, który wsławić się już zdążył w Spychowie na poprzednim rajdzie kajakowym, gdzie do dzisiaj miejscowe gospodynie nie mogą go zapomnieć.Nikt nie przewidział, że kajaki, które jawiły nam się w opisie jako praktyczne, ze szczelnym lukiem, będą miały w swoim podtekście zwiększoną podatność na wywracanie. Jeżeli szukamy wrażeń, dodatkowych atrakcji, to w tym przypadku dostaliśmy w prezencie to co najbardziej lubimy, dostaliśmy element męskiej gry, w której nie da się przewidzieć momentów upadku i powstania. Zanim jednak zacznę opisywać meandry naszej podróży, nie mogę pominąć kilku akcentów, które być może wryły się trwale w psychikę kilku nowo przyjętych Lalusiów.Tradycji stało się zadość w Starym Folwarku.Nie wiem co kryje się w pięknej nazwie tej miejscowości, ale z pewnością w folwarcznej obyczajowości nie było jeszcze chrztu Lalusiów.Podobno wieś założona została przez Kamedułów.Chrzest w naszej kulturze kojarzy się nieodparcie z wodą. Modyfikacja obrządku Lalusiowego polega na zabiegu gramatycznym, na wkomponowaniu w wyraz „woda” litery „ó”.Każdy z nowo przyjętych lalusiów godzi się na pomalowanie swoich ust czerwoną, damską pomadką i zabieg ten musi przepić setką wody z literą „ó” w środku. Ceremonię kończy wręczenie Certyfikatu Lalusia z nadanym charakterystycznym, w formie fraszki słownym logo dla nowo przyjmowanego i od tego momentu duma z przynależności do elitarnego klubu może już śmiało promieniować na wszystkie strony świata.Stary Folwark wprowadził nas w stan uduchowienia oraz ze stanu skupienia w stan rozluźnienia.To wszystko, łącznie z wodowaniem, tam właśnie się wydarzyło.Kajaki dotknęły wody, my dotknęliśmy wioseł i nasze obręcze barkowe miarowo jak turbiny zaczęły mielić wodę Jeziora Wigry.Rozpierzchliśmy się na szerokość kilkudziesięciu metrów, opływając mury klasztorne Starego Folwarku. Jezioro zmuszało nas do większego wysiłku bo hasło „pod prąd czy zgodnie z prądem” nie miało tutaj żadnego odniesienia.Wiatr dyktował nam swoje warunki i każdy indywidualnie musiał przyjąć taktykę wypłynięcia z akwenu.Zanim to się stało, stało się co miało stać.Przewidywania i prognozy nie brały jeszcze wtedy pod uwagę wypadków losowych.Jak w rosyjskiej ruletce pierwszy strzał padł w sytuacji niewinnej. Kajak z lalusiami chrzczonymi już wielokrotnie wywrócił się przy dopłynięciu do spokojnej zatoki.Tym samym został zburzony mit zatoki jako oazy spokoju, ciszy i ukojenia. Symbolika zatoki przybrała wyraz żartu i dowcipu, kpiny oraz radości i pogody ducha.Jakkolwiek można postrzegać ten zgoła niewinny incydent, symptomatycznym było dopłynięcie wszystkich pozostałych kajaków na miejsce „wypadku”.Solidarność! Solidarność! Kto jeszcze stosuje hasła, które kiedyś poruszały. Problem upadku to nie problem.Brak podniesienia z upadku jest problemem, ale zjawisko to nawet w śladowych ilościach nie występowało, jakby popiołem Feniksa ktoś sypał w Lalusiów.
Po wypłynięciu z jeziora w okolicach Czerwonego Folwarku trafiliśmy na przesmyk Czarnej Hańczy. Rzeka. Co przyniesie? Ukojenie czy niepokój. Po wielokrotnych doświadczeniach z wodami jezior i rzek czuliśmy podświadomie, że ta rzeka okaże nam się przyjaciółką i powiernicą - przyjaciółką serdeczną, powiernicą - nie wymuszoną i niezobowiązującą.Pierwszy dzień nie obfitował w rekordy. Po nocnej jeździe samochodem czternastu Lalusiów płynęło bez pośpiechu.Delektowaliśmy się spokojem rzeki i jej zakolami.W tym dniu nie wyczuwało się sportowej rywalizacji.Od czasu do czasu tworzyliśmy z naszych kajaków siedmio-wyporowe katamarany, podpływając do siebie i łącząc się w celu wymiany poglądów.Poglądy wymienialiśmy tak często jak często wymienialiśmy gatunki trunków.Cała sytuacja udzielała się otoczeniu. Na pewnym odcinku spotkaliśmy szarą czaplę, która sprawiała wrażenie jakby nas rozumiała.Czekała na nas a gdy myśmy się do niej zbliżali, zrywała się by ponownie wypatrywać Voyagerów.Nie była ona zwiastunem szarego dnia.Dzień był pogodny i kolorowy. Po około czternastu kilometrach zdecydowaliśmy się na wypoczynek w Budzie Ruskiej.Biwak „Zakole” był wymarzonym dla nas, z nieukrywaną przyjaźnią właścicieli, pozbawioną typowej marketingowej otoczki. Ileż pozytywnej energii trzeba mieć w sobie, żeby zatrzymać nas u siebie.Tego nie da się zmierzyć, przyznać jednak trzeba, że każdą chwilę pobytu w tym miejscu zapisywaliśmy podświadomie w naszych świadomościach.Właścicielami biwaku byli młodzi ludzie, którzy intuicyjnie wyczuwali potrzeby innych osób płynących z prądem.Oni czuli prąd rzeki i korzyści z tym związane. Po rozbiciu namiotów zamówiliśmy u nich smażonego lina, który wspaniale wkomponował się w nasze wieczorne menu.W drewutni zaadoptowanej na saunę właściciel o umówionej godzinie rozpalił w nas żar wrażeń, polegający na poceniu, biczowaniu i wybieganiu prosto z sauny do rzeki.Standard tego biwaku przewidywał również boisko do piłki siatkowej.Murawa była tak naturalna jak połacie ziemi poprzerastane kępami trawy.Mecz Lalusiów przeciwko Lalusiom zakończył się zwycięstwem Lalusiów. Ten triumf trzeba było uczcić przy świetle ogniska i blasku księżyca. Przebudzenie jest odczuciem indywidualnym. Namiot to schronienie niezwykle akustyczne, jego ściany są iluzoryczne i nie przepuszczają jedynie wilgoci. Pierwszego wrażenia drugi raz nie da się powtórzyć i z tym twierdzeniem nie można się nie zgodzić. Moje pierwsze wrażenie po przebudzeniu nie było zjawiskiem, które po Viktorii Lalusiów nad Lalusiami mogło kojarzyć się z bólem głowy. Nic bardziej mylnego.To co dotknęło mnie po przebudzeniu mógłbym określić feerią głosów, festiwalem .Barwy słuchu – ile odcieni może przynieść poranek nad Czarną Hańczą? Jeżeli plastycznie można by określić kolory, które tam występują, to paleta barw ograniczałaby się do zieleni, szarości i brązów. Akustycznie nie jestem w stanie określić amplitudy dźwięków , jestem zbyt ułomny na określenie nawet w przybliżeniu ich wartości. To co mnie poraziło to symfonia przyrody, jej siła oddziaływania i ekspresja. Przez chwilę pomyślałem, że to niemożliwe, że to element snu. Sny bywają miłe – takie zdarzają się coraz rzadziej, ale skoro mnie taki dopadł , to stwierdziłem, że nie będę z nim walczył. Po zastanowieniu ,doszedłem jednak do wniosku , że to nie sen. Walka z miłą rzeczywistością też nie miała sensu, więc się poddałem. Owady i ptaki. Te dwa gatunki wspaniale uzupełniające się w symbiozie dźwięków nieoczekiwanie zakłócone zostały przez gatunek trudny do sklasyfikowania. Ten nieoczekiwany dźwięk rozbudził mój niepokój. Dużo słyszałem o pojawiających się w tych okolicach łosiach. Nie mogłem zignorować agresji poroża na namiot w którym spaliśmy z moim serdecznym Lalusiem.. Wyszedłem na zewnątrz.Teoria ataku łosia na namiot okazała się spiskową w mojej wyobraźni.Nieopodal w innym namiocie spał Laluś, który podczas snu wydawał do złudzenia podobne. Chmury tego poranka sygnalizowały, że musimy się liczyć z załamaniem, z załamaniem pogody. Przypadki poranka sprawiały, że różnie można interpretować szczęście. Jeden z Lalusiów idąc do rzeki aby się umyć, stwierdził, że nie dojdzie do niej bo odezwała mu się dyskopatia. Stanąwszy w miejscu pomyślał, czy płynie tutaj kajak z czerwonym krzyżem. Myśl była irracjonalna pomimo uczestnictwa w rajdzie dwóch Lalusiów lekarzy.Czopek przeciwbólowy i przeciwzapalny podany odmiennym od doustnego sposobem sprawił, że po przepiciu doustnie innego lekarstwa ulga przyszła natychmiast.Rozluźnienie po raz kolejny sprawiło, że szczęście może mieć swoje powroty.Ruszyliśmy w następny etap naszej podróży.Opuszczając biwak w Budzie Ruskiej czuliśmy się odprężeni i naładowani pozytywną energią pomimo, że niebo nie było zdecydowane czym nas uraczyć.Sprawdzianem naszego samopoczucia było też zgubienie wędki. Dla niektórych Lalusiów mógł to być wyłom w psychice, lecz Certyfikat do czegoś zobowiązywał.Po kilku kilometrach trasy drugiego dnia, trasy ozdobionej pięknym, sosnowym lasem, ozdobionej również kilkoma spektakularnymi wywrotkami kajaków dopłynęliśmy do… Tutaj muszę się zatrzymać, aby nie upraszczać nachalnie odczuć, które nami kierowały. Las dominował nad nami nie tylko drzewostanem ale również wysokimi skarpami.Po drodze przemykały obok naszych kajaków młode, nieopierzone kaczki.Rodziny łabędzie dostojnie stroniły od nas, jakby chciały nam udowodnić, że dystans między nami jest czymś naturalnym. Trzciny i szuwary tworzyły rozgałęzienia i stawiały nas w sytuacjach wyboru odpowiedniego ujścia rzeki.Momentami wpływaliśmy w towarzystwo ważek ,które niczym magiczne śmigłowce kontrolowały obrzeża rzeki. Grążele białe na przemian z żółtymi pozwalały ocierać się o siebie przy czym nasze oczy pieściły te widoki, nie mogąc się nasycić.Sielskość tych obrazów powodowała uśpienie, lekkość bytu i zachwyt. Krajobrazy mają to do siebie, że są zmienne. Powoli dominować zaczęła bardziej prozaiczna sceneria. Tabliczki z napisem „BIWAK” krzyczały do nas z prawa i z lewa. Jak już wspomniałem wcześniej, dopłynęliśmy do…… Jedna z tabliczek nosiła w sobie dodatkową informację.„SKLEP I BAR–50m.Postanowiliśmy zrobić dodatkowe zaopatrzenie i przy okazji sprawdzić co kryje się w menu„ Baru z tabliczki”.Na straży pozostał Laluś najsilniejszy, z ogromnym potencjałem sprytu i pomysłowości.Pozostałych Lalusiów pochłonął pięćdziesięciometrowy szlak.Czas do pokonania tego dystansu był przyzwoity.Tak nam się wydawało.Dotarliśmy do baru ,który jak się później okazało, jawił się swoim standardem jako niedościgły wzór sztuki garmażeryjnej. Na naszym wodnym szlaku nie dane nam było spotkać podobnego lokalu do samego zakończenia rajdu. Mrożonki deklarowane były jako mrożonki. Kuchnia swojska nosiła znamiona fantazji tutejszych realiów. W tym czasie, kiedy myśmy tworzyli biesiadę ,niebo postanowiło radykalnie wyzwolić się z poglądów.Jeśli ktoś nazwał kiedyś chmury ołowianymi, to w tym przypadku takie nadciągnęły nad bar, w którym napełnialiśmy nasze kubki smakowe.Ulewny deszcz przypomniał nam o Lalusiu, który pilnował kajaków. Solidarność! Nasze sumienia otworzyły się na oścież, lecz wszystkie odruchy wyprzedził Laluś ze Spychowa. Jego czas na dystansie dwa razy pięćdziesiąt metrów z przeszkodami i z piwem w dłoni, z dodatkową psychoanalizą na miejscu, kwalifikował się do księgi rekordów. Jego deklaracja o radości Lalusia na dyżurze nie przekonała nas i po chwili postanowiłem zmienić wartę. Jakież było moje zdziwienie, kiedy na miejscu zobaczyłem rozłożony namiot i zabezpieczone kajaki. Po zmianie ról wszedłem do środka namiotu i rozanieliłem się do tego stopnia , że usnąłem .Deszcz wystukiwał o tropik swoistą kołysankę.Obudził mnie powrót Lalusiów. Nie czekaliśmy na poprawę pogody bo nie widzieliśmy żadnych zwiastunów, które choć w części mogłyby nas przekonać o zmianie na lepsze. Wsiedliśmy do naszych wodnych bolidów i zaczęliśmy się ścigać z naszą wytrzymałością. Według naszych przy- puszczeń opartych na danych z przewodnika, w odległości kilku kilometrów od naszego barowego falstartu, w miejscowości Frącki, miała być stanica z zapleczem barowym i nie tylko.Opis tego miejsca napawał nas optymizmem, pchał w objęcia wyobraźni, która podpowiadała nam, że doznamy tutaj ukojenia. Deszcz nie przestawał nas dręczyć, stawał się obsesyjnie nachalny. Przemoczeni dopłynęliśmy do Frączek.Jak się okazało ,czas dawno zatrzymał się w tym miejscu. Budynki były opuszczone. Elewacje miały na sobie odpryski lakierów w kolorze tropikalnej zieleni, które kiedyś musiały być modne. Odpychająca aura minionej epoki w połączeniu z aktualnie panującą aurą sprawiły, że ominęliśmy to miejsce szerokim łukiem. Człowiek nigdy nie powinien wyzbywać się nadziei.Jako marynarze słodkich wód przyswoiliśmy sobie tą zasadę i pielęgnowaliśmy ją przez dwadzieścia osiem kilometrów. Drożdżami naszej nadziei było wypatrywanie tabliczek,które nas jeszcze nie tak dawno nużyły.Jak już wspomniałem ,krajobrazy są zmienne. Niestety, obecny krajobraz obfitował w szuwary i w ostre zakręty rzeki. Po biwakach pozostało wspomnienie. Staliśmy się ucywilizowani i dzikość miejsc, która kiedyś nas tak pociągała ,ustąpiła chęci ponownego skorzystania z sauny.Na razie otaczała nas jedynie woda ,która przepełniała nas od środka pragnieniem napotkania innego człowieka. Na skarpie, na wysokim brzegu zarysował się dach ni to altany ni to drewutni. Postanowiliśmy przeczekać tutaj chociaż kilka chwil. Na górze siedział młody człowiek, który kontrastował z otoczeniem. Tryskał dobrym humorem, miał suche ubranie, popijał piwo w westernowskim kapeluszu i na dodatek chwalił się złowionym pstrągiem.Wkroczyliśmy w jego prywatność jako osoby przypominające Wodnika Szuwarka. Nie przeszkadzało to w niczym aby zdominować pogodę pogodą ducha .Najsilniejszy Laluś dostrzegł z naszej wysokiej skarpy w kajaku butelkę. Po chwili wrócił z nią i rozgrzewaliśmy od środka nasze zmoczone ciała. Nasz napotkany podróżny zmienił orientację i dał się namówić na wspólną rozgrzewkę. Pożegnaliśmy się, życząc sobie ciepła i być może te winszowania sprawiły, że powoli niebo zaczęło przecierać oczy. Uruchomiliśmy ponownie nasze obręcze i z charakterystycznym optymizmem ruszyliśmy dalej, dużo dalej niż spodziewaliśmy się.Powoli wyczuwaliśmy jednak u siebie objawy irytacji. Woda stała się naszą pustynią.Dopiero Dworczysko przyjęło nas ze swoją gościną, z rozległym biwakiem i sklepem u sołtysa otwieranym na żądanie. Dworczysko stało się naszą oazą. Namioty rozbiliśmy na podwyższeniu terenu, poniżej było miejsce na ognisko oraz zadaszenie do konsumpcji.Nie byliśmy sami.Obok pola namiotowego gospodarz biwaku dysponował pokojami, z których skorzystała grupa z Łodzi.  |
Nasz pobyt tutaj nosił akcenty dyskusji z elementami podziału na osobowości. Dopiero tutaj jak w soczewce dojrzałem przekrój charakterów- od powściągliwości, poprzez otwartość do ciekawości i rubaszności. Te cechy osobno tworzą indywidualności, razem zespalają się w jeden ciekawy, tolerancyjny i kolorowy organizm.Dialogi wykluwały nagłe refleksje. Opowieści były niecodzienne, zahaczały o ludowość i zasłyszane wydarzenia. W pewnym momencie , po wymianie poglądów na tematy wychowywania dzieci jeden z Lalusiów zaczął opowieść i koniu. Koń był chory. Działo się to w czasach, gdzie myślenie w kategoriach usypiania przez weterynarza zwierząt porażonych chorobą nie było na polskiej wsi powszechne. Na dodatek właściciel wpadł na pomysł dodatkowego zarobku na chorym koniu. Ubezpieczył zwierzę a przyczyną choroby było kopyto zaatakowane gangreną. Oczywiście, choroba miała być tajemnicą.Koń jakby przeczuwał nadchodzący koniec niewdzięcznego życia. Pogodzony z losem patrzył swoimi mądrymi oczami na furmana, który podpinał między końskie zęby elektryczne kable. Zakres wiedzy na temat zabijania był w tym przypadku niewystarczający bo po podłączeniu napięcia do kabli podpiętych do końskich zębów, koń się przewrócił a dodatkowym efektem było wybicie korków.Kiedy światło na powrót zawitało w stajni ,oświetliło ciało konia, który ku wielkiemu zdziwieniu jego właściciela, powstawało z upadku. Koń wstając robił wrażenie grymasu szerokiego uśmiechu. Gospodarz nie wiedział czy nieświadomie dokonał zabiegu plastycznego w wyglądzie konia i czy ten uśmiech nie jest po prostu śmiechem z jego nieudolności.Przypomniał sobie jednak o ubezpieczeniu. Pomyślał przez chwilę jaki błąd popełnił i z powrotem zaczął manipulować przy kablach.Tym razem jeden z kabli podpiął do kopyta a drugi do miejsca gdzie wcześniej bywało wędzidło.Na efekt nie trzeba było czekać. Stało się to tym razem przy pełnym świetle bez zbędnych fajerwerków. Usłużne zwierze padło bez życia. Ubezpieczenie co prawda wisiało na włosku bo Towarzystwo Ubezpieczeniowe musiało przeprowadzić wywiad środowiskowy i gdyby decyzja była nieprzychylna dla furmana wtedy nawet.. …koń by się uśmiał, zza światów. Po soczystych gawędach ,wieczorową porą Lalusie skorzystali z upragnionej sauny. Sauna w tych rejonach jest popularnym elementem dodatkowej regeneracji organizmu.Zregenerowani wróciliśmy do naszego stołu pod zadaszeniem. Obok, przy ognisku brylowała grupa kajakowa z Łodzi. Młodsze pokolenie Lalusiów z nieco starszym i bogatszym w doświadczenie spychowskim Lalusiem, postanowiła się z nimi zintegrować. Manewry integracyjne musiały być intensywne co malowało się na ich obliczach następnego dnia. Kolejny dzień z założenia miał być dniem pozbawionym ekstremum.Ponownie chcieliśmy nacieszyć nasze zmysły estetyczne otaczającą nas naturą.Po złożeniu namiotów, po porannej toalecie w rzece i po śniadaniu wyruszyliśmy w ostatni etap naszej wodnej wędrówki. Tym razem nasza trasa oscylowała w granicach dwunastu kilometrów.Spokój dominował wokół a w naszych ruchach wyczuwało się grację i pewność.Pogoda tego dnia była chimeryczna. Po przywitaniu słońca zazdrosne chmury zaczęły odbierać nam złudzenia na ciągłość miłych przypadków. W połowie trasy do Rygola deszcz zaatakował nas ponownie.Zatrzymaliśmy się na pierwszym napotkanym biwaku.Miejsce było ludne.Dołączyły do nas jeszcze inne grupy zaskoczone załamaniem pogody. Humory nas nie opuszczały.Po pewnym czasie podeszła do nas kobieta z propozycją przywiezienia nam na rowerze pierogów z serem. Zapewniała, że jeszcze ciepłych. Daliśmy się namówić i poprosiliśmy ją o zwiększenie zamówienia o kilka buteleczek z naszym niezawodnym gorzkim syropem.Za wszystko zapłaciliśmy z góry. Powoli deszcz przestał padać,wszystkie grupy opuszczały biwak i tylko my nie mogliśmy się zdecydować czy czekać na obiecane frykasy. Kiedy pokłady wiary w człowieka zaczęły w nas topnieć, postanowiliśmy pogodzić się z porażką i zaczęliśmy lokować się w kajakach.Jakież było nasze zdziwienie kiedy w ostatniej chwili dobiegła do nas nasza kurierka z całą zawartością wiklinowego koszyka.Delektowaliśmy się pierogami, które rzeczywiście były jeszcze ciepłe i nikt z nas nie pomyślał nawet czy przeszły przez mikrofalówkę czy przez sabatnik węglowego pieca. Przepiliśmy pod pierożki brudzia z naszym Czerwonym Kapturkiem i dowiedzieliśmy się o jej życiu więcej niż można by przypuszczać.Pożegnaliśmy się z Anką i popłynęliśmy już z prądem rzeki do Rygola. Rygol stał się metą naszego rajdu.Po załatwieniu całej technicznej otoczki z zamówieniem transportu kajakowego i po skontaktowaniu się z naszym przewoźnikiem postanowiliśmy dać upust naszym kulinarnym fanaberiom.Skojarzeniom nie było końca bo przyjęła nas „Słodka dziurka”.Taką nazwę nosiła knajpka w której dane nam było zrobić zakończenie imprezy. Na zewnątrz w dużej, rozległej altanie, która spełniała rolę letniego ogródka, zauważyłem głośniki. W tym miejscu postanowiliśmy rozegrać „Konkurs o koszulkę Lalusia”. Koszulka była jedyną i ostatnią wolną. Przeznaczona była dla nowego adepta sztuki lalusiowania.Jej czarne tło posiada w okolicy serca emblemat z dłońmi skupionymi na trzymaniu w toaście kilku kufli piwnych. Poniżej widnieje napis „Laluś Strong”.Na lewym przedramieniu umiejscowiona jest flaga Polski.Do walki stanęło czterech zawodników. Poprosiłem szefową Baru o muzykę i o mopa, który był głównym atrybutem zadania konkursowego. Konkurs polegał na tańcu erotycznym i każdy z uczestników miał za zadanie stworzyć jak najlepsze wrażenie artystyczne w tańcu z unowocześnioną miotłą.Nie było kategorii wiekowych, pomimo zderzenia ze sobą dwóch pokoleń. Jak na konkurs przystało, w centralnym punkcie letniego pawilonu usytuowano Jury, po przeciwnej stronie oczekiwali zmotywowani do zwycięstwa tancerze.Środkową część przeznaczono dla widowni. Konferansjerką sam się zająłem i przyznam szczerze, że byłem poruszony pierwszą edycją „Tańca z miotłami”.Choreografia elementów tanecznych wymyślona na poczekaniu, przyćmiła najbardziej wybrednych jurorów.Publiczność przeżywała ekstazę śmiechu i następowała obawa o przepony, które mogły nie wytrzymać naporu wrażeń.Jury nie miało jednak wątpliwości.Jednogłośnie wygrała młodość nad rutyną.Czy życie to kiedyś zweryfikuje? Po ceremonii wręczenia głównej nagrody postanowiliśmy zwiedzić okolicę. Nasze zwiedzanie miało „nietypowy” charakter bo robiliśmy to na piechotę. W zasadzie byliśmy już spełnieni i gotowi do wyjazdu.Nasz przewoźnik czekał na nas przy „Słodkiej dziurce”.Krótko po rozpoczęciu naszej wędrówki spojrzeliśmy na niebo.Pierwszy raz poczuliśmy prawdziwy niepokój z tworzących się nad nami chmur.Niosły w sobie niesamowity, negatywny ładunek, chęć nieuzasadnionej zemsty i niszczenia.Sprawiały wrażenie gotowych na porwanie z sobą wszystkiego co zdolne jest zadowolić ich żarłoczną, niepohamowaną agresję.Wiatr zaczął wtórować im swoją siłą.Postanowiliśmy wracać. Wsiedliśmy do samochodu .Wokół tworzyły się zawirowania, które swoim potencjałem sprawiały wrażenie uniesienia nas ze sobą.Biały szkwał.Kilku Lalusiów nie dotarło do busa.Przejechaliśmy raz jeszcze trasę, którą mieliśmy pokonać pieszo.Na końcu wsi znajdował się budynek. Krył w sobie tajemnicę zaginięcia Lalusiów.Weszliśmy grupą do środka, gdzie przywitała nas kobieta podparta o drewnianą laskę.Było to pierwsze wrażenie i myśleliśmy, że jest to typowe odwrócenie naszej uwagi. Pierwszy przekroczył próg tego budynku Laluś,który przedstawił się starszej pani swoim imieniem lecz nie swoim nazwiskiem. Tadeusz.Tadeusz Kościuszko.Refleks starszej pani był równie szybki co jego przekroczenie progu.Ten z Krakowskiego Rynku? Wtedy uwierzyliśmy, że Lalusie są cali i żywi.Po salwie śmiechu zobaczyliśmy ich w kolejce za odtrutką na niepogodę.Tajemniczy budynek na końcu wsi okazał sie sklepem. Wspomnienia przechowywane są w szufladkach pamięci bardzo wybiórczo.Dziwne, że w większości zapamiętywane są te z odległego dzieciństwa, z detalami, które w dorosłym życiu nie mają większego znaczenia.Pielęgnujemy w sobie perełki pamięci w formie przyjemnej, która jest dla nas wygodną i przyprawiającą wielokrotnie o nostalgię, chociaż nie zawsze przyznajemy się do niej lub wręcz ukrywamy. Komórki odpowiedzialne za pielęgnowanie wydarzeń sprawiają, że wypadki dnia poprzedniego ulatują bezpowrotnie a często zdarza się tak, że nie chcemy o nich pamiętać.Skoro takie zjawiska dotykają nas mimochodem to widocznie skazani jesteśmy na źródło,na wielokrotne docieranie do niego, na popełnianie po raz kolejny tras ,które uświadomią nam, że dzisiaj płyniemy z prądem a jutro być może pod prąd. Dokonując wędrówki Czarną Hańczą, niejako w połowie jej trasy, uwierzyliśmy, że jej źródło jest bardzo podobne do naszego i nie ważne co w sobie kryje lecz co z sobą niesie.
|