Podróżnik
AktualnościReportażeGaleriaInnyWymiarONasL-KulturaKontakt
kant reportaże kant2

„Boliwia jaką znam”

Magda Moll

Boliwia to miejsce, w którym wszystko dzieje się samo z siebie. Latynoski rytm salsy, caporales i morenady wplątuje cię w barwny korowód życia. Życia kpiącego sobie z twoich oczekiwań, założeń i domniemywań.
Lejący się z nieba żar sprawia, że po prostu poddajesz się naturalnemu biegowi rzeczy.
Otwierasz się na to, co przyniesie kolejna chwila… Przezywasz Boliwię jak spotkanie z przyjaciółką – słuchasz jej,
a ona bardzo śmiało odkrywa przed tobą swoje tajemnice…

one

Boliwia to kraj różnic i przeciwieństw. Jest przenikliwie zimna (Andy, Salar de Uyuni) i nieznośnie gorąca (region Beni, Chapare, Santa Cruz). Jest płaska (Salar de Uyuni, Redukcje Jezuickie) i górzysta (Andy i Altiplano).
Zamieszkują ja ludzie otwarci i ciepli (tropiki) oraz zdystansowani, z dużą rezerwą (tam, gdzie jest zimno).
To kraj tętniący kosmopolityczną młodością (Cochabamba) i kraj, w którym masz wrażenie, ze czas zatrzymał się parę wieków temu. W Boliwii na twoich oczach powstają nowe budynki, piękne domy, nowe centra handlu,
kultury i rozrywki. Jednocześnie w kraju jest ogromny analfabetyzm, ludzie żyją w lepiankach, bez prądu i bieżącej wody. Boliwia to miejsce, gdzie prawa logiki raczej nie funkcjonują, a prawa rynku mają rację bytu jedynie w dużych miastach. Dzięki temu możesz bawić się z okazji Dnia Morza, którego Boliwia nie posiada i możesz przyłapywać się na lekkim podirytowaniu, dlaczego nic nie jest przygotowane zawczasu...

Tubylcza mentalność zakłada, że żyje się dla przyjemności. Jeśli jest okazja do świętowania – trzeba świętować (a nie pracować, ma się rozumieć!). Dzień przed fiestą i dzień po fieście też jest w boliwijskim mniemaniu
fiestą – przecież do fiesty trzeba się najpierw mentalnie przygotowa , a potem fizycznie sobie odpocząć).
Boliwia to najwyżej położony i najtrudniej dostępny z krajów Ameryki Południowej. Zachodnia część kraju to andyjskie szczyty, pokryte wiecznym śniegiem. Północ jest porośnięta przez wilgotne lasy tropikalne i pampę, rodzaj sawanny. Ze względu na swą zabójczą dla wielu osób wysokość nad poziomem morza,

Boliwia posiada dwie stolice: La Paz i Sucre. W usytuowanym 3800 m n.p.m. La Paz mieści się jedynie rząd, w Sucre działają pozostałe organy administracji państwowej. Jest to ukłon w kierunku wszelkich zagranicznych delegacji… Potosi, Uyuni, La Paz, popularne miasteczko nad j. Titicaca Copacabana są położone 3800 – 4200 m n.p.m.
Osoby nieprzyzwyczajone do takich wysokości często cierpią tam na chorobę wysokościową. W języku Quechua zwie się ona sorojche (czytaj „sorochcie”). Jest człowiekowi słabo, kręci się w głowie, niektórzy mają różne wizje, omamy słuchowe i wzrokowe... W aptekach można kupić ¨sorojche pills¨ - tabletki, które skutecznie eliminują ból głowy i psychotyczne objawy. Pod względem etnicznym, kraj jest niezwykle bogaty. W Boliwii mieszają się grupy etniczne pochodzące od 4 plemion indiańskich: Aymara (region jeziora Titicaca), Quechua (Cochabamba, Altiplano), Chiquitos (Redukcje Jezuickie, północny zachód) i Guarani (zachodnia część państwa).
Grupy te mają odrębne tradycje, tańce i muzykę, różnią się też pewnymi elementami codziennego stroju. Przykładowo cholity (wiejskie kobiety) Quechua mają białe kapelusze, a cholity Aymara czarne, wysokie; Indianie Chiquitos noszą zupełnie inne stroje, lekkie, białe z kolorowymi haftowanymi wstawkami lub tasiemkami.
Oprócz tych grup etnicznych, w regionach Beni i Yungas mieszka dużo ludzi czarnych.
Są oni potomkami niewolników, których Hiszpanie sprowadzili z Afryki do pracy w kopalniach w regionie Potosi.
Po wyzwoleniu spod hiszpańskiego jarzma, przenieśli się oni z zimnego Altiplano do dżungli - terenów przypominających ich rodzime regiony. Boliwijczycy różnią się od siebie osobowością. W tropikach ludzie są bardzo otwarci i przyjaźni; często nie mają prawie nic, ale wszystkim, co posiadają, chętnie by się podzielili.
Ci, co borykają się z zimnem, są natomiast zdystansowani i raczej chłodni (co nie znaczy, ze wrodzy; po prostu trudno rozwinąć z nimi dłuższą konwersację). Boliwijczycy zdecydowanie nie lubią Amerykanów.
Wobec innych nacji raczej są mili i zaciekawieni krajem, z którego się przybyło. W boliwijskim powietrzu unosi się tajemniczy zapach sacrum… Wierzenia przenikają każdy aspekt społecznego funkcjonowania.
O praktykach religijnych Boliwijczyków można by napisać książkę. Większość osób deklaruje katolicyzm, jednak jest to specyficzny katolicyzm - w boliwijskiej wersji. Wiara w Trójcę Przenajświętszą funkcjonuje równolegle z wiarą w Trójcę Andyjską, czyli Księżyc, Słońce i Matkę-Ziemię (Pachamamę).

two

Pachamamę wszyscy traktują bardzo poważnie: dzielą się z nią każdym kieliszkiem alkoholu, strącając na podłogę kilka pierwszych kropel; składają jej ofiary z krwi zwierząt i spalając w San Juan (noc świętojańską) płody lam na wzgórzach (obrzęd zwany Koati). Boliwijczycy wierzą, że Pachamama może ich wykarmić i uzdrowić ze wszystkich chorób. Jednocześnie twierdzą, ze Pachamama modli się do Pana Boga i Pan Bóg jej błogosławi – przecież Sam ją stworzył. Zjawisk związanych z tak zwanym synkretyzmem religijnym (czyli współegzystowaniem wierzeń tradycyjnych z religią chrześcijańską) jest całe mnóstwo. Są kopalnie, do których wchodzi się przez kościół (np. świątynia Socavon w Oruro), a na końcu pierwszego korytarza kopalni jest objęta żywym kultem figurka Tio, wujka wszystkich górników (coś jak nasz polski Gustlik). Tio regularnie otrzymuje ofiary z koki, papierosów i alkoholu, przed każdym zejściem górnika do kopalni. W Boliwii funkcjonują bruchy (czarownice), które praktykują tarota, wróżenie z koki i fusów. W małych pueblach leczeniem zajmują się szamani i curanderos (uzdrowiciele).
Na każdym targowisku można kupić zioła do czarów i rożne dziwne części zwierząt do tajemniczych magicznych obrzędów. Można kupić gotowe zestawiki malutkich gipsowych płytek wraz z roślinami i alkoholem, których ofiarowanie Pachamamie przyniesie domostwu odpowiednie dary (każda płyteczka ma ubłagać inne dobrodziejstwo: zdrowie, bogactwo, mądrość…). Popularną praktyką religijną jest picie na umór.
Człowiek pijany oddaje swoją tożsamość bóstwu (w dawnych wierzeniach Indian Quechua – Wirakoczy; po chrystianizacji Wirakocza zespolił się z wyobrażeniem Boga Ojca…). W stanie upojenia człowiek składa z siebie całkowitą ofiarę – nie wie, co robi, nie panuje nad swoją wolą i zmysłami, wszystkie swoje moce oddaje bóstwu. Boliwijczycy wierzą w duchy gór (apu) i duchy gospodarstw. Uznają tez moc amuletów. Na dachach domów często można zobaczyć rogi byka lub nawet całą byczą czaszkę. To ma zapewnić rodzinie szczęście.

Indianie żyjący w tropikach wierzą, ze amuletem miłości są niektóre gatunki motyli (należy ofiarować je wybrance, a na pewno się zakochać). W Boliwii ciężko mówi o jakiejkolwiek wierności małżeńskiej i trwałości rodziny. Kobiety mają po 10-12 dzieci, z 3-5 mężami. (Dziewczynki z sierocińca, w którym pracowałam, nie mogły uwierzyć, że wszystkie 3 wolontariuszki z Polski mają rodzeństwo, które ma tą samą mamę i tego samego tatę, i że mama i tata żyją razem!) Mężowie często porzucają rodziny, odchodzą do młodszych kobiet. Pary często żyją bez ślubu.
U Indian był zwyczaj, ze para żyła ze sobą kilka lat, rodziły się dzieci – dopiero na koniec brano ślub.
Boliwijczycy słyną tez z tego, ze są kłamczuchami. ¨Mentira¨, czyli kłamstwo – to bardzo popularne słowo i bardzo popularny wymiar rzeczywistości… Boliwijczycy obchodzą tradycyjne katolickie święta.
Oczywiście robią to po swojemu;) Boże Narodzenie jest nawet podobne do polskiego.
Celebrowanie Wigilii zaczyna się w kościele. Około godziny 20-stej jest uroczysta msza, jak polska Pasterka. Podczas mszy mają miejsce specjalne tańce dla rodzącego się Jezusa.

Ludzie przychodzą do kościoła z koszyczkami... Nie, nie święcą prowiantu, choć koszyczki wyglądają identycznie, jak nasze wielkosobotnie. W koszyczkach Boliwijczycy przynoszą małe figurki Jezusa, które potem umieszczają w domowym żłóbku (niektórzy pod serwetka przemycają do poświęcenia tarota, alkohol dla Pachamamy i inne gusła - Pachamama tez musi przecież swój hołd otrzymać;) Księża (to znaczy tylko ci zagraniczni, bo boliwijscy doskonale to rozumieją) często zaglądają pod serwetki, by zweryfikować oczekującą na poświęcenie zawartość koszyczka.
W Wigilię kolację je się o północy, koniecznie musi być kurczak i koniecznie api (pyszny i słodki napój z ciemnej kukurydzy). Są też prezenty. W Sylwestra dużo tańczy się, ale jeszcze więcej odpala się fajerwerków, zimnych ogni
i petard. Czeka się do północy, by zjeść 12 winogron w rytm 12 uderzeń zegara.
Wypowiada się przy tym życzenia: jedno życzenie z jednym winogronem – na każdy miesiąc roku.
Przed Sylwestrem na ulicach jest pełno straganów, na których kupuje się... majtki!
Boliwijczycy wierzą, ze jeśli noc sylwestrową spędzi się w żółtych majtkach, kolejny rok będzie dostatni.
Jeśli w czerwonych – będzie się miało szczęście w miłości. Karnawał jest bardzo huczny.
Przez cały czas karnawału najlepiej nie wychodzi na miasto bez peleryny przeciwdeszczowej.
Panuje tu cos takiego, jak w Polsce w Śmigus-Dyngus. Woda leje się ze wszech stron: wiadrami z nadjeżdżających niespodziewanie ciężarówek, stróżkami z karabinów na wodę i bolesnymi ciosami z ¨globos¨, czyli z napełnionych wodą baloników… Leją i kobiety, i mężczyźni. Gringos otrzymują zwielokrotnioną dawkę wody.
W Karnawale bardzo dużo się tańczy, głównie na ulicy. Idzie orkiestra, a za nią roztańczony tłum.
Ludzie potrafią tak tańczy po 6-8 godzin!! Czasem w bardzo ciężkich, ważących nawet 20 kg kostiumach. Największa impreza odbywa się w ostatnie dni karnawału w Oruro. W całej Boliwii jest wtedy wolne, przez 3 dni.
Z całego kraju do Oruro przybywają tancerze. W sobotę tańczą, przemieszczając się ulicami miasta, w ten sposób pielgrzymują do Matki Bożej Socavon (to patronka tancerzy). Boliwijskich tańców jest cale mnóstwo, kolory kostiumów oszałamiają!!

three


Po karnawale następuje Wielki Post. Jego kulminacją jest Wielki Piątek.
Nie zapominajmy jednak, że to specyficzna, bo boliwijska kulminacja… Wiele Dróg Krzyżowych przemieszcza się ulicami miasta, aktorzy odgrywają Mękę Pańską. Jest to przepiękne, poruszające wydarzenie.
Podczas liturgii piątkowej w kościele specjalne zespoły tańczą przed Krzyżem Świętym.
Ale uwaga: Pan Jezus umarł, wiec nic nie widzi. Inni Święci, Maryja i Bóg Ojciec właśnie Go opłakują, więc specjalnie nie patrzą na sprawy tego świata. A zatem… można się bezkarnie objeść i upić. W Wielki Piątek Boliwijczycy spożywają 12 dań, które można kupić nawet pod kościołami. Poza tym, jak Pan Jezus (i cała święta Reszta) nie widzi, to... można kraść!! W Wielki Piątek policja odnotowuje najwięcej kradzieży.
Ludzie kradną pieniądze, zwierzęta, samochody sprzed domów, wszystko, co się da.
Uważają, że w tym dniu nie jest to grzech. Ciekawie wyglądają boliwijskie msze święte za zmarłych.
Przy ołtarzu stoi duża fotografia zmarłego. Po zakończeniu liturgii rodzina zmarłego częstuje wszystkich przybyłych saltenas (nadziewanymi mięsem pierogami) i alkoholem. Do małych puebli indiańskich nie da dotrzeć się drogą gruntową, kapłan odwiedza je tylko raz do roku, na fiestę z okazji dnia świętego patrona.
Misjonarz jest zdany na sieć tropikalnych rzek; płynie czółnem, czasem nawet kilka dni.
Raz do roku chrzci nowonarodzone dzieci, chętnym udziela ślubu, spowiada, rozdaje Komunię.
Msza za zmarłych w takich pueblach przypomina staropolskie dziady. Przed mszą za zmarłych przygotowuje się potrawy, które oni najbardziej lubili jeść. Podczas mszy stoją one przy ołtarzu, Indianie wierzą, że dusze karmią się nimi. Po mszy wszyscy, którzy brali udział w modlitwie, są zaproszeni na ucztę dziękczynienia (zmarli w ten sposób dziękują im za modlitwę). Rytuały pogrzebowe są zgoła odmienne od naszych... Bardzo często odbywają się nocą. Orszak pogrzebowy jest ubrany na czarno, ale towarzyszy mu huczna i głośna muzyka.
Boliwijczycy wierzą, ze dusza do godziny 12-stej w południe ma czas odejść ze świata.
Do tej pory czuwają przy zmarłym. Boliwia jest niezwykle kolorowa. Kobiety noszą na plecach tradycyjne pasiaste chusty, zwane aguayo. Intensywne czerwone, różowe, pomarańczowe, turkusowe i fioletowe paski przyciągają oko. W aguayo znajdują się niesione z targu owoce, sprawunki, a bardzo często tez dzieci.
Rozmaitość tradycyjnych strojów jest nieprawdopodobna. Najlepiej zaobserwować to podczas karnawału w Oruro lub podczas tradycyjnych fiest, kiedy cała Boliwia przepięknie się przyodziewa i tańczy… Boliwijczycy są niezwykle roztańczeni. Każdy umie dobrze tańczyć . Dzieci od przedszkola uczą się tańców narodowych, salsy i tanga.
Na koniec każdego semestru nauki są egzaminy z tańca! Podczas fiest tańczy się na ulicach. Roztańczone korowody często wyglądają jak profesjonalne zespoły, a w rzeczywistości są to spontaniczne podrygi mieszkańców.
Boliwijska etykieta znacznie odbiega od europejskiej. Zanim się ją odkryje, jest się narażonym na popełnienie niezliczonej ilości gaf… Boliwijczycy nigdy nie mówią ¨nie wiem¨. Jest to uważane za niegrzeczne.
Jeśli czegoś nie wiedzą, to kłamią. Jak więc potrzebujesz zapytać się o drogę, koniecznie trzeba spytać kilku osób… Na powitanie obowiązują 2 całusy (a nie 3 jak w Polsce). Grzecznościowo po ¨Buen dia¨ pada krótkie pytanie ¨?Como esta?¨ - ¨Jak się masz¨ - ale nikt nie oczekuje na nie odpowiedzi.
Za normalne i poprawne jest przyjęte wycieranie nosa w rękaw. Koniecznie jednak nad łokciem...
Świętością dla Boliwijczyków jest koka. W Andach i na Altiplano pije się mate de coca, czyli herbatkę z koki.
Jej właściwości są bardzo ciekawe. Koka niweluje objawy choroby wysokościowej, pozwala łatwiej funkcjonować na dużej wysokości. Kokę również żuje się. Osoby pracujące w polu, przy zwierzętach czy w kopalniach notorycznie żują liście koki. Często mają w buzi pod policzkiem niezłą porcję przeżutych liści. Uważają, ze to daje im siłę i zabija głód. Boliwijczycy uwielbiają mięso. Jedzą je w sporych ilościach. Ich narodowa potrawa to Pique Macho – mięso, kiełbasa, ryż, parówki, jajko, frytki i pomidory... wszystko poukładane w stosik... najlepiej jeszcze polane sosem z locoto (czyli bardzo pikantnej papryczki)... W rejonach tropikalnych rzek podstawą pożywienia są ryby.
Pieczona trucha czy smakująca jak kurczak surubi zadowolą nawet bardzo wybredne podniebienia.
Głównym źródłem węglowodanów w posiłkach jest ryż, quinoa (bardzo bogaty w białko i błonnik rodzaj zboża; pyszny, zdrowy i drogi; rośnie jedynie na Altiplano), chunos (wysuszone i mrożone ziemniaki; dla Boliwijczyków przysmak, dla Europejczyków zapychacz bez smaku) lub yuca, czyli maniok (smażony lub gotowany, w każdej postaci smakowity). Popularnym dodatkiem dań obiadowych jest choclo, czyli biała kukurydza o dużych ziarnach.
W Boliwii zdecydowanie nie ma kultury jedzenia warzyw, natomiast jeśli chodzi o owoce, kraj ten może uchodzić za raj. Oprócz niezliczonych gatunków bananów, cytrusów, mango, kokosów i papai, Boliwijczycy delektują się mało znanymi w Europie gatunkami, jak chirimoja, tuna (gruszka kaktusowa), kinoto, kaki, tumbo, carambola, czy pakay. Co dla Europejczyka jest trudne do pojęcia, w Boliwii kurczaka nie uważa się za mięso.
Co prawda, w barach wegetariańskich go nie podają, ale jeśli na wycieczce zaznaczy się, ze wolimy jedzenie wegetariańskie, kurczak będzie normą. Kupując saltenas, zawsze ma się do wyboru 3 rodzaje nadzienia: - con carne (z mięsem) - con pollo (z kurczakiem;)) - con queso (z serem) Jeśli chodzi o pite przez Boliwijczyków alkohole, najpopularniejszym trunkiem jest wódka z winogron, czyli singani. Kultowym napojem dla mieszkańców regionu Cochabamba jest chicha, bimber z kukurydzy, którego tradycyjna metoda produkcji polega na inicjowaniu procesu fermentacji poprzez przeżuwanie i wypluwanie kukurydzianych ziaren… Na bazie chichy przygotowuje się smaczny napój garapina, zawiera on cynamon, kokos, cytrusy i truskawki. Chichę i garapinę podaje się w szklanym dzbanku, a wszyscy biesiadnicy piją je z jednej zrobionej z połówki kokosa czarki, podając ją sobie z rąk do rąk.
Ciekawy jest również sposób przygotowywania potraw. Bardzo popularnym narzędziem gospodarstwa domowego jest piedra, czyli kamień. Używa się go do zabijania ryb, bicia kotletów czy do ¨mielenia¨ pieprzu.
Co zabawne, kamienia używa się również do ścierania zrogowaciałego naskórka z pięt i łokci...
W mowie potocznej Boliwijczycy zdrabniają prawie wszystko. Nie tylko przymiotniki i rzeczowniki, ale też przysłówki i liczebniki... Mówią np. solito (słoneczko), cafesito (kawusia), chiquitito gatito (malusieńki kotek), hermanita Teresita (siostrzyczka Tereska). Są też zdrobniałe słowa, których nie ma w języku polskim, jak np. (¨wiadomośćka¨, SMS-ik), dosito (zdrobnienie od liczebnika 2). Najbardziej rozczulające jest jednak jest zdrabnianie słowa ¨ahora¨. ¨Ahora¨ oznacza ¨teraz¨ - czyli w praktyce boliwijskiej za jakieś 4 godziny. ¨Ahorita¨ - ¨teraźniutko¨ – oznacza czas za jakąś godzinę czy dwie, natomiast ¨ahoritita¨- teraźniusieńko – to mniej więcej za kwadrans.
W Boliwii na śluby i fiesty nie ubiera się zegarka. Szczęśliwi czasu nie liczą! Mie zegarek podczas świętowania jest niegrzecznie. Jak już koniecznie jest potrzebny, to musi się schować w torebce.
Boliwijczycy bardzo nie lubią, jak się ich fotografuje. Odwracają się plecami, a nawet przeklinają i plują, jeśli ukradkiem zrobi im się zdjęcie (wiąże się to z wierzeniami Indian, które mówią, że każda fotografia zabiera człowiekowi część duszy...). Boliwijskie targowiska zapraszają kolorami i oryginalnością tradycyjnych wzorów. Swetry, czapki, skarpety z wełny lam, wigoni i alpak, ciepłe poncha, skórzane paski i torebki, barwna i ciężka biżuteria ze szlachetnych kamieni, zębów kajmana czy nasion, instrumenty, jak lluvia seca czy charango…
wszystko to zachwyca i kusi swą egzotyką. Tradycyjna boliwijska sztuka to tkactwo (można spotkać przepiękne arrasy z inkaskimi wzorami) oraz malowanie na płótnie (najpopularniejsze obrazy to akryl na czarnym aksamicie).

four


Podróżowanie po Boliwii to ciekawa przygoda, nawet jeśli weźmie się pod uwagę jedynie przeżycia w publicznych środkach transportu. Przejazdy autobusami z miasta do miasta są bardzo tanie.
Ceny biletów podlegają negocjacjom, kompletnie nie opłaca się kupować biletu dzień wcześniej – koszt może być nawet dwukrotnie wyższy. Autobusy dalekobieżne zatrzymują się raz, nawet te, które jadą 8-9 godzin.
Na europejski pęcherz jest to przeżycie dość traumatyczne. Wewnątrz miast najpopularniejszym środkiem komunikacji są minibusy. Są to stare toyoty i mercedesy, z lat 40-stych; kolorowe, upstrzone czym tylko się da.
W środku są plakaty Madonny, Michaela Jacksona i wszelkich gwiazd popkultury, wizerunki świętych i agitujące do pogłębienia życia duchowego napisy „Bóg Cię kocha”. Busy mają numery, litery lub litery z numerami…
Trudno pojąć, jak Boliwijczycy orientują się w tym, dokąd po wejściu do pojazdu pojadą… Często minibus oprócz oznaczenia literowo-numerycznego posiada jeszcze chorągiewkę… I w tym tkwi wielka tajemnica sukcesu dojechania do celu: auto z innym kolorem chorągiewki jedzie gdzie indziej... Boliwijska komunikacja miejska nie zna pojęcia rozkładu jazdy. Należy po prostu czekać na swój busik. Żeby do niego wsiąść, machasz ręką. Żeby wysiąść – krzyczysz: „wysiadam” albo „róg poproszę”. Po mieście tanio jest poruszać się taksówką.
Taksówkarze nie mają taksometrów, należy targować się. Między wioskami można przemieszczać się za pomocą shared taxi. Shared taxi mają określoną cenę za dany odcinek trasy. Cena wynosi 3-5 boliwiano od osoby, przy czym nie jest istotne, ile osób zapakuje się do 5-cioosobowego auta;)) jedzie się w 3 osoby na przednim siedzeniu, 6 na tylnim i 3-5 osób w otwartym bagażniku! W Boliwii jest wiele miejsc, do których jedyna droga to rzeka.
Miedzy małymi pueblami pływają łódki – drewniane, ale w większości z silnikiem motorowym i canoe (czółna).
W dalsze trasy rzekami można wybrać się czekając na statki towarowe.
Oczywiście rządzą się one świętym prawem „manana”, co oznacza, że przez kilka kolejnych dni można usłyszeć, że statek odpłynie jutro… Popularna trasa z Puerto Villarroel do Trynidadu to, odliczywszy oczekiwanie na statek i na jego wyruszenie z portu, 5-7 dni płynięcia, nocki spędzone w hamakach, tłum ludzi, stado kogutów, kurczaków i innej zwierzyny… oraz bez wątpienia miliony moskitów… Jak Wiphala, kolorowa flaga plemion Aymara – w Boliwii znajdziesz totalną mozaikę wszystkiego. Bardzo często znajdziesz rzeczy zupełnie inne, niż te, których szukasz.
I paradoksalnie to właśnie one okażą się być Ci potrzebne... Po fazie irytacji brakiem regularności i przewidywalności wydarzeń, do których skutecznie przyzwyczaiła nas europejskość, zakochujesz się w słowie „manana” i w implikowanym przez nie uczuciu, że przecież tak naprawdę wszystko może poczekać do jutra (lub pojutrza)... Zaczynasz dostrzegać, że zamiast gonić za końcem własnego ogona, możesz zerwać z palmy banana i położyć się w hamaku. Tropikalne ptaki tojos umilą Ci popołudnie. Ktoś zagra na charango. Będziesz wiedzieć, że żyjesz…

Magda Moll
go
kant reportaże kant2
listfa
Copyright © Klub przygody Cruzoe